szachownicaZ wody włoskiej do Polski

Krzysztof Sikora


W 1938 roku podpisano z włoskim producentem umowę na dostawę sześciu wodnosamolotów CANT Z-506B "Airone". Pierwszą i jedyną tego typu maszynę odebrano po blisko dwóch latach od decyzji o zakupie tych samolotów. Brawurowego przelotu z Włoch do Polski dokonała pięcioosobowa załoga. Mimo że dość precyzyjnie znamy wyposażenie płatowca, nie wiemy jednak jak dokładnie wyglądał, bowiem nie opublikowano dotąd jego fotografii. Jednakże prześledzenie literatury omawiającej dzieje jedynego polskiego CANT-a pozwala z pewnym marginesem prawdopodobieństwa na odtworzenie jego wyglądu.

Temat jedynego CANT-a w polskim lotnictwie powracał co jakiś czas na łamach prasy fachowej i nie tylko. Jego dzieje owiane tajemnicą niekiedy skłaniały autorów do fantazjowania, przypisując mu fikcyjne działania. Andrzej Olejko w wydanej w ubiegłym roku (czyli w 1998; Wydawnictwo KARNAK, Tarnobrzeg - przyp. LAW) książce "Polski Cant" (mR nr 7), poprzez cytowanie dokumentów i relacji naocznych świadków, obala mity i legendy z nim związane. Jednakże celem tego artykułu nie jest przytaczanie prawdziwej historii polskiego CANT-a, jego załogi i ich brawurowego przelotu do kraju, a później na jezioro w Siemieniu (to temat na świetny film fabularny), ale przedstawienie danych pozwalających na wykonanie modelu CANT-a z biało-czerwonymi szachownicami. Większość informacji pochodzi właśnie z tej publikacji. Drugim źródłem jest wydana we Włoszech monografia "C.R.D.A. CANT Z 506". Zamieszczone (w 9 (4/99) numerze mR - przyp. LAW) rysunki są kompilacją dotychczas opublikowanych planów samolotu z autorskimi poprawkami.


Bryła samolotu

Szczegółami odróżniającymi wojskowe wersje czy raczej kolejne serie samolotu były:
- kształt oszklenia osłony stanowiska bombardiera,
- wieżyczka strzelecka,
- kształt tylnej części kadłuba.

CANT zamówiony przez Polaków miał najprawdopodobniej opływowe oszklenie osłony stanowiska bombardiera - takie, jakie miały przekazane Hiszpanii cztery CANT-y zbudowane w zakładach C.R.D.A. w Monfalcone później niż egzemplarz przeznaczony dla Polski. Wieżyczka była typu Breda M-1 z jednym karabinem maszynowym, a w tylnej części kadłuba po jego obu stronach było jedno okrągłe okno.


Uzbrojenie

Przeznaczone dla Polski wodnosamoloty miały być uzbrojone w trzy karabiny maszynowe Breda-SAFAT: stały pilota - kalibru 12,7 mm strzelający przez śmigło, ruchomy górnego strzelca - w wieży obrotowej typu Breda M-1, ruchomy tylnego strzelca - w spodzie tylnej części kadłuba. Ten ostatni przesuwany był na szynach, a strzelanie odbywało się dopiero po podniesieniu zawiasowo montowanej szyby. Uzbrojenie bombowe mogło przybierać następujące konfiguracje:
- jedna torpeda lotnicza 850 kg,
- jedna bomba 800 kg,
- dwie bomby po 500 kg,
- dwie bomby po 250 kg i trzy po 100 kg,
- cztery bomby po 160 kg i trzy po 100 kg,
- dziewięć bomb po 100 kg,
- dziewięć bomb po 50 kg,
- dziesięć bomb po 20 kg.

Według relacji jedynego żyjącego obecnie z załogi pamiętnego przelotu z Monfalcone do Pucka por. obs. Kazimierza M. Wilkanowicza, pełniącego wówczas funkcję nawigatora (pozostali to: kpt. pil. Roman Borowiec - I pilot, st. bosman pil. Stanisław Witas - II pilot, bosman radio-strzelec Władysław Wzorek - radiooperator, bosman Florian Grzesiak - radiomechanik pokładowy) oraz mieszkańców Siemienia, obok którego ostatni raz wodował nasz CANT, samolot miał trzy karabiny (zapewne włoskie, ponieważ zamiana na polskie "Szczeniaki" przewidziana była po dotarciu do Polski).

Z oczywistych względów nie miał podwieszonych bomb ani torped - nie można było ich podwiesić nawet po przylocie do Polski, bowiem najpierw należało zamontować specjalnie zaprojektowane wyrzutniki torpedowe.


Wyposażenie

Większość wyposażenia CANT-y miały otrzymać w kraju: celowniki bombowe typu Goerz-Boykow, derywomierze, rakietnice Verry, aparaty fotograficzne Eagle, automatycznego pilota Sperry, spadochrony, kamizelki i pneumatyczne łódki ratunkowe oraz wyrzutniki bombowe Świąteckiego. Polacy przywieźli ze sobą do Włoch jedynie nowoczesny radionamiernik W.2.L/N, a zamontowana radiostacja Soc. Marconi RA-350 była produkcji włoskiej.


Malowanie

W literaturze spotkać można różne spekulacje na temat malowania samolotu. Mówi się o kolorze popielatym, zielono-szarym morskim i matowo srebrzystym. W kilku relacjach naocznych świadków, przytaczanych we wspomnianej publikacji "Polski CANT", znajdują się odniesienia do tej kwestii. Najwięcej danych pochodzi od świadków międzylądowania samolotu w czasie przelotu z Helu do Siemienia i od osób bedących przy wodowaniu CANT-a na jeziorze siemieńskim w dniu 6 września lub oglądających go w tym miejscu w czasie kilku następnych dni. "Był to samolot typu włoskiego, koloru stalowoniebieskiego" - mówił Stanisław Kudła, wtedy dziewięcioletni syn żołnierza pilnującego wówczas zamaskowanego CANT-a, który wodował na Wiśle w Świerżach Górnych koło Kozienic. Inny swiadek lądowania CANT-a na Wiśle - Bolesław Świstowski - mówił m.in.: "Pamiętam, że było to świtem, może około 5-7 rano, gdy na rzece wylądował duży srebrny samolot". Z kolei Bolesław Szóstka, swiadek docelowego wodowania wodnopłatowca w Siemieniu, stwierdził: "Samolot cały błyszczący nadleciał z północy [...]. Srebrny hydroplan wodował tuż przy drodze do Parczewa...". Mecenas Mieczysław Bielski, ówczesny mieszkaniec Siemienia relacjonował: "Wyglądał wspaniale. Był cały srebrzysty. Gdy dotknął lustra wody skrył się cały w tęczy, bowiem w słońcu powstawała tęcza jak ogromna ściana kolorowa. Nigdy więcej w życiu nie widziałem czegoś tak pięknego jak ten srebrny ptak wyłaniający się z tęczy" (piękne porównanie, zaiste Airone znaczy Czapla). Mieszkający obok jeziora Siemień Wacław Rutkowski, wówczas rybak na stawach dziedzica, wspominał: "8 czy 10 września 1939 roku zlądował na Dolnym Stawie w Siemieniu biały włoski samolot [...]". Z kolei Jan Powroźnik z Tulnik tak wspominał wodowanie CANT-a: "Jak sobie przypominam 6 września 1939 roku nad jezioro Siemień nadleciał srebrzysty duży samolot...". Kolejna relacja pochodzi od Jana Króla, również mieszkańca Siemienia: "Samolot w kolorze srebrnym z szachownicami na ogonie i skrzydłach przyleciał i wyladował na jeziorze rano około godziny 7-8. [...] ...silny wiatr zerwał z jednego skrzydła część trzciny i widać było wyraźnie błyszczące w słońcu skrzydło z szachownicą.".

Przytoczone relacje nie pozostawiają cienia wątpliwości co do podstawowego koloru wodnopłatowca. Pojawiający się w pierwszym cytacie kolor niebieski mógł pozostać w pamięci chłopca od ewentualnego niebieskiego pasa, ciągnącego się wzdłuż kadłuba CANT-a. Takie pasy były częścią fabrycznego malowania i miała je większość srebrnych CANT-ów, z "hiszpańskimi" włącznie. Jest więc wielce prawdopodobne, że nasza Czapla również go miała.

W świetle relacji świadków nie można mieć też wątpliwości co do oznakowania samolotu biało-czerwonymi szachownicami, namalowanymi jeszcze w Italii. W opowiadaniach kpt. pil. Romana Borowca pojawia się wątek mówiący o zaskoczeniu, jakie wywarł widok polskich znaków na niemieckich oficerach, którzy pojawili się przed hangarem w Monfalcone. Radiooperator z pamiętnego lotu - Władysław Wzorek - wspominając atak niemieckich samolotów w Pucku mówił: "W pewnej chwili zobaczyliśmy klucz Junkersów Ju 87, kierujących się od strony portu na naszą maszynę. Ściągnęły ją wielkie, dwumetrowe szachownice na skrzydłach". Również świadkowie międzylądowania CANT-a na Wiśle i wodowania w Siemieniu mówią o oznakowaniu samolotu. "Okazało się, że to nasi lotnicy, a na samolocie były szachownice na górze i spodzie skrzydeł i na ogonie" - mówił cytowany już Bolesław Świstowski. Odniesienia do oznakowania szachownicami zawiera również ostatnia z cytowanych relacji na temat barwy samolotu.

Biorąc pod uwagę powyższe relacje i pewne fabryczne standardy malowań przyjąłem, że nasz jedyny CANT pomalowany był srebrną farbą, która kładziona na drewniane poszycie kadłuba i skrzydeł dawała półmatowy połysk, odmienny od samolotów krytych blachą i pozostawianych w naturalnej barwie. Ponadto założyłem, że wrażenie "niebieskości" pochodziło od fabrycznego pasa, stanowiącego coś w rodzaju logo firmy.

Co do szachownic przyjąłem, że określane przez W. Wzorka jako "wielkie, dwumetrowe" odpowiadają prawdzie, bo jeśli Włosi namalowali szachownice o wielkości zbliżonej do swoich narodowych znaków, wówczas szachownice miałyby wielkość rzeczywiście około 2 m, zgodnie z tym co podaje Władysław Wzorek. Natomiast spotykane w literaturze rzekome wielkości na górnej powierzchni skrzydeł i stateczniku pionowym wynoszące odpowiednio 1,2 m i 0,6 m są jedynie domysłem, z którym nie mogę się zgodzić. Trudno mi bowiem uwierzyć, że rosły mężczyzna nazywałby sięgające mu zapewne do pasa (1,2 m) szachownice wielkimi, natomiast dwumetrowe, większe od niego - owszem. Właśnie tej wielkości szachownice (w przeliczeniu na skalę 1:72 jest to 2,77 cm) otrzymał mój model. Na stateczniku pionowym znalazły się szachownice, których wielkość w oryginale przyjąłem jako 75 cm (praktycznie w 1:72 to 1 cm). Spodnie części pływaków mogły być czarne, podobnie jak u pozostałych "srebrnych" CANT-ów.

Cant Z.506B Airone [18 kB]

Jedyny polski egzemplarz samolotu Cant Z.506B "Airone" we wrześniu 1939 roku. Przypuszczalny wygląd samolotu został odtworzony przez autora na podstawie szeregu relacji naocznych świadków.
Fragment okładki numeru 9 (4/99) "miniREPLIKI".
(rysunek: Krzysztof Sikora/"miniREPLIKA")


Na sylwetce barwnej na okładce (zobacz rysunek powyżej - przyp. LAW) niebieski pas wzdłuż kadłuba jest widoczny częściowo. Wraz z logo zakładów C.R.D.A. przedstawiony będzie w drugiej części, poświęconej modelowi CANT-a w skali 1:72 firmy Supermodel.

Cant Z.506B Airone [24 kB]

Jedyny polski egzemplarz samolotu Cant Z.506B "Airone" we wrześniu 1939 roku. Przypuszczalny wygląd samolotu został odtworzony przez autora na podstawie szeregu relacji naocznych świadków.
Model w skali 1:72 firmy Supermodel.
(model i zdjęcie: Krzysztof Sikora/"miniREPLIKA")


miniREPLIKA [5 kB]tekst, zdjęcie i rysunek: Krzysztof Sikora  




Artykuł pochodzi z ilustrowanego magazynu plastikowego modelarstwa lotniczego "miniREPLIKA" nr 9 (4/99). Kolorem czerwonym wyróżniono adnotacje autora strony w stosunku do oryginalnej treści artykułu. Dalsze informacje na ten temat - wraz z opisem budowy modelu polskiego Canta i zdjęciami szczegółów - można znaleźć w numerze 10 (5/99) "miniREPLIKI". Polecamy !

Leszek A. Wieliczko (LAW)